Czyszczenie laptopa od wewnątrz, czyli autobiograficzna historia o tym, jak nie powinny robić tego serwisy.

Taka sytuacja: masz do skończenia pracę magisterską, a deadline zbliża się wielkimi krokami. Zgodnie z kilkoma prawami Murphy’ego i zasadą złośliwości rzeczy martwych Twój komputer odmawia Ci posłuszeństwa w najmniej odpowiednim momencie. Nagle zaczyna rozgrzewać się do temperatur, o których piec Twoich dziadków może pomarzyć…

…by wyłączyć się po osiągnięciu apogeum.
Oczywiście mógłbyś zająć usterką na własną rękę, w końcu żeś reprezentant pokolenia tych, którzy obsługę klawiatury qwerty wysysali z mlekiem matki, jednak czas nagli, magisterka sama się nie napisze, a jak coś spieprzysz, to już w ogóle będzie kaplica. Co zatem robisz?

Idziesz do profesjonalnego (ekhm… ekhm…) serwisu.
Oczywiście nazwy nie podamy w niniejszym tekście, nazwijmy ów serwis serwisem XYZ. No więc idziesz ze swoją grzałką do serwisu XYZ, gdzie przedstawiasz swój problem. Znudzony pan w okularach i fryzurą na Michała Pazdana ze znużeniem słucha Twoich wywodów i nim jeszcze zdąży zdiagnozować problem, oświadcza, że rozwiązanie problemu (jaki by on nie był) kosztować będzie banknot z podobizną Władysława II Jagiełły (dla tych, co takie banknoty widują jedynie w portfelu matki lub są stażystami z urzędu pracy, podpowiadam – mowa o banknocie stuzłotowym).

– Trza będzie poczyścić tu i tam, pastę termoprzewodzącą wymienić i takie tam – mówi głosem osiołka Kłapouchego z „Kubusia Puchatka”. – Zostaw pan sprzęta i przyjdź za dwa dni.

Dwa dni się przemęczę,
myślisz sobie, byle tylko robota była dobrze wykonana. No i wracasz po tych dwóch dniach, dniach spędzonych na siermiężnej pracy przy użyciu aplikacji „zeszyt sześćdziesięciokartkowy” i pluginów: „długopis” i (opcjonalnie) „ołówek”.

Ten sam łysy pan oddaje Ci sprzęt i żegna krótkim „do widzenia”. Wracasz do domu i oczywiście pierwszym, co robisz po powrocie, jest odpalenie Twojego sprzętu i przetestowanie, jak sprawuje się po serwisowaniu. Nie grzeje się, jest ok. Ale myślisz sobie: no jak może się grzać, jak ja używam jedynie Open Office’a.

Odpalasz Football Managera (magisterka może przecież trochę poczekać),
by kwadrans potem poczuć pod lewą dłonią piec hutniczy. Pstryk, komputer się wyłącza. Czekasz aż ostygnie nieco i odpalasz raz jeszcze, tym razem bez zamiarów prowokowania losu graniem w gry. Ale coś tu teraz jest nie tak. Lewa górna część klawiatury nie reaguje, jeżeli nie potraktujesz klawiszy tłuczkiem do mięsa. Jebudu. Odcina zasilanie. Laptop pracuje na baterii, mimo że zasilacz cały czas jest podłączony.

Oddałeś komputer do wyczyszczenia, dostałeś mobilny podgrzewacz powietrza.
Wracasz do serwisu XYZ, jednakże tak, jak się spodziewałeś, ci, którzy Twoim laptopem się zajmowali, nie mieli sobie nic do zarzucenia. Za to wiele zarzucili Tobie. Przede wszystkim to, że przez pół godziny grałeś w Football Managera. Dobra, myślisz sobie, niech się wypchają.

I idziesz do innego serwisu,
którego pracownik rozbiera sprzęt na Twoich oczach i dowodzi, że jeśli Twój komputer był czyszczony, to chyba przez niewidomego, a pasta termoprzewodząca (rzekomo wymieniona) pamięta czasy rozbicia dzielnicowego. Na domiar złego, temperatura Twojego sprzętu wprowadziła wiele złego i odwrócenie tego będzie trochę kosztować…

 

+

You may also like...

Shares